Za nami zdecydowanie najciekawszy sezon Formuły 1 od wprowadzenia nowego regulaminu technicznego w 2022 roku i - gdyby nie epicka walka o tytuł w 2021 roku - zdecydowanie najciekawszy i najbardziej urozmaicony sezon ery turbo-hybrydowej. Walka o tytuł mistrza świata nie była może na noże jak we wspomnianym '21, ale jednak miała fajną dynamikę i pikanterię. Natomiast walka o miejsca w tabeli konstruktorów, a także to w jaki sposób, z weekendu na weekend, zmieniał się układ sił, sprawiło, że naprawdę ciężko było cokolwiek prognozować czy przewidywać.
Ostatecznie - w dużej mierze dzięki piorunującemu startowi (wyrównany rekord w ilości pole positions z rzędu!) mistrzem świata został czwarty raz z rzędu Max Verstappen. Tytuł konstruktorów przypadł McLarenowi - pierwszy raz od 1998 roku, kiedy na świecie nie było jeszcze ani Norrisa, ani Piastriego, którzy zapewnili triumf stajni z Woking. W mistrzostwach dla dwudziestu kierowców sklasyfikowanych zostało ich 24 (!), a wyścigi wygrywało 7 różnych kierowców z czterech różnych zespołów!
To wszystko w najdłuższym w historii, składającym się z 24 Grand Prix sezonie. Imponująco, prawda? Oto co warto zapamiętać po wspaniałej kampanii A.D. 2024.
I kto tu jest debeściak?
Cytat z Killera pasuje jak ulał do triumfu Maxa Verstappena w 2024 roku. Kiedy w drugiej części sezonu wydawało się, że Lando Norris już prawie, już za momencik dogoni Holedndra w generalce, ten pokazał całej stawce... figę i pojechał w Sao Paolo w stylu porównywanym do Ayrtona Senny, wygrywając Grand Prix z 17. pozycji startowej. Powiedzieć, że była to jazda godna mistrza to jak nic nie powiedzieć. Podobnie zresztą jak ciężko byłoby obronić tezę, że Verstappen na mistrzostwo w 2024 nie zasłużył.
Sezon zaczął się zgodnie z przewidywaniami, od dominacji Maxa. Przecież w ubiegłym roku Red Bull zgarnął 21 wygranych w 22 wyścigach, z czego 19 z nich rękami Holendra. Pamiętam mem z przedsezonowych testów, kiedy Max "dowalił" reszcie stawki na jakieś pół sekundy, a realizator pokazał Gianpiero Lambiase (inżyniera wyścigowego Verstappena), który uśmiechał się TYM uśmiechem. Zdjęcie było popisane komentarzem, że w 2024 Max zapewnił sobie tytuł w przedsezonowych testach.
Pole position, wygrany wyścig, 1-2 dla Red Bulla i wydawało się, że powtórka z 2023 nas czeka, mili Państwo. W Arabii Saudyjskiej ta sama śpiewka. W Australii - pole position Verstappena i... pożar hamulców, który wyeliminował go z wyścigu. Gdyby nie ten - drobny zdawało się - incydent, Verstappen wyrównałby i przebił o kolejne 20 (!) wyścigów rekord Hamiltona w ilości ukończonych GP z rzędu (gdyby pozostałe wyścigi zakończyły się tak samo jak się zakończyły). Drobna ryska na szkiełku Red Bulla...
Ryska okazała się być jednak rysą. Oskarżony o nadużycia personalne szef zespołu Christian Horner musiał w tym roku mierzyć się z exodusem kluczowych współpracowników, a wokół zespołu z Milton Keynes unosił się niemały smrodek. W tym kontekście dramatyczny spadek osiągów samochodu tylko pogarszał sprawę. Do GP Hiszpanii udawało się jeszcze osiągać zwycięstwa, jednak później nastąpiło dziesięć wyścigów bez wygranej Holendra.
I co? I właściwie nic. Lando Norris nie zbliżył się do Verstappena na mniej niż 44 punkty, a wszystko dzięki umiejętności maksymalizowania rezultatów - zarówno przez mistrza, jak i jego zespół. Swoją cegiełkę dołożyli też i McLaren i Ferrari, bo być może gdyby któraś z tych stajni była tak skuteczna jak Red Bull - Norris lub Leclerc mieliby szansę zagrozić Maxowi. Seria wyścigów bez wygranej została przełamana zjawiskową jazdą w Brazylii, w Las Vegas Verstappen musiał skończyć przed Norrisem - i skończył i w sezonie, w którym naprawdę był do pokonania okazało się, że właściwie nie ma w stawce godnego rywala...
Verstappen w 2024 był debeściak, bez dwóch zdań.
Rollercoaster
Jak wspomniałem wcześniej - wyścigi wygrywało 7 różnych kierowców z 4 różnych zespołów, co jest pierwszą taką sytuacją w historii. Koniec końców najlepiej punktował McLaren, dalej Ferrari, Red Bull (de facto jednym zawodnikiem) i Mercedes. Każda z tych stajni miała swoje wzloty i upadki, co z jednej strony dodało kolorytu rywalizacji z drugiej - utorowało Verstappenowi drogę do obrony tytułu.
Sezon zaczął się pod dyktando Red Bulla, a wygrana Sainza w Australii była raczej wypadkiem przy pracy. Pierwsza wygrana w karierze Lando Norrisa - w rundzie numer 6 w Miami - miała w sobie ziarenko szczęścia (idealny timing samochodu bezpieczeństwa), ale była też forpocztą poprawy osiągów McLarena. Przez chwilę mogło wydawać się, że z jednej dominacji możemy przejść w drugą, gdyby nie to, że... kolejna wygrana "papajowej" stajni nastąpiła... dopiero w 13 wyścigu, na Węgrzech!
Do tamtego momentu McLaren nie schodził z podium, ale nie wygrywał. Najwyższe laury zdobywali i Red Bull (Imola, Kanada, Hiszpania) i Ferrari (Monako) i - to dopiero niespodzianka - Mercedes (Austria i Wielka Brytania). Przed letnią przerwą dyskwalifikacja Russela zabrała zespołowi Toto Wolffa 1-2 i naprawdę w sierpniu można było sobie tylko ostrzyć ząbki na to co wydarzy się w drugiej części roku.
McLaren przygotował się najlepiej i wygrał 3 z 4 wyścigów po przerwie - a po prawdzie powinien wygrać je wszystkie, gdyby nie został cudownie wystrychnięty na dudka przez Ferrari i Leclerca (cóż za manewr strategiczny!). Nastąpiła kolejna przerwa, a po niej... Ferrari wyglądało na zespół do pokonania - wygrali i w Austin i w Mexico City, z obydwoma kierowcami na podium.
Brazylia z podium Verstappen, Ocon, Gasly właściwie nie powinno już nikogo zdziwić, ale 1-2 Mercedesa w Las Vegas i tak było zaskakujące. Podobnie jak fenomenalne Grand Prix Verstappena w Katarze.
I do ostatniego okrążenia sezonu zastanawialiśmy się kto właściwie zostanie mistrzem świata konstruktorów. Ten rok naprawdę "dowiózł", choć nie był to transport kurierski furgonetką, ale istny rollercoaster!
Emocjonalne wygrane
To z czego zapamiętam 2024 to gros emocjonalnych i "przełomowych" zwycięstw. Zaczęło się od Miami i przełamania statusu "Lando No-win'a". Akurat tutaj McLaren zrobił to czego później wielokrotnie mu brakowało - był cholernie skuteczny, jeśli chodzi o czytanie wyścigu, a przy okazji miał odrobinę szczęścia i coś bez czego wygranej nie będzie nigdy - dobre tempo wyścigowe.
Gran Prix Monako przeszło samo siebie, jeśli chodzi o poziom nudy - za sprawą kolosalnej kolizji z pierwszego okrążenia, która poskutkowała czerwoną flagą, zmianą ogumienia przez całą stawkę i - co za tym idzie - ślimaczym tempem, absolutnym brakiem znaczących pit stopów, o manewrach wyprzedzania nawet nie wspomnę. I co z tego, skoro na samo wspomnienie można mieć kluchę w gardle? W 2024 swój domowy wyścig pierwszy raz w karierze wygrał Charles Leclerc.
Grand Prix Wielkiej Brytanii było moim zdaniem najlepszym wyścigiem sezonu z tak niesamowitą dynamiką, tyloma strategicznymi zmiennymi i tak dobrym ściganiem, że można by obdzielić pewnie kilka innych weekendów wyścigowych. Zwłaszcza, że zwycięzcą okazał się być nie kto inny jak Lewis Hamilton - który już chyba stracił nadzieję na wygraną w barwach Mercedesa. Publiczność była przeszczęśliwa, a ja - osobiście kibicując Verstappenowi - znów nie mogłem powtrzymać się przed wzruszeniem, kiedy obserwowałem Brytyjczyka na podium.
Na Węgrzech także nie zabrakło emocji, ale innego rodzaju. Fatalna decyzja strategiczna o podcięciu Oscara Piastriego przez kolegę z zespołu, spowodowała, że McLaren musiał urządzić radiowe słuchowisko - szopkę, w trakcie którego przekonywali Norrisa, żeby oddał z powrotem pozycję. Ostatecznie Brytyjczyk zlitował się i pozwolił Piastriemu wygrać pierwszy raz w karierze.
Po przerwie letniej dominował McLaren, ale to Ferrari urządziło sobie święto dla Tifosi, umożliwiając wygraną Leclercowi. W tamtym wyścigu poświęcili Carlosa Sainza tylko dlatego, aby rywale nie zorientowali się, że ich samochód świetnie radzi sobie z grainingiem i będzie w stanie przejechać wyścig na jeden pit-stop. Piastri - który swoją drogą zaliczył wtedy diabelnie "pieprzny", ale skuteczny atak na Norrisa - gonił, gonił i gonił, ale dogonić nie zdołał. Dzięki temu mogliśmy obserwować najlepsze podium roku - absolutny szał ubranych na czerwono fanatyków Ferrari.
Czy to wszystko? Oczywiście, że nie! Carlos Sainz był przeszczęśliwy, że udało mu się wygrać jeszcze jeden raz w barwach Ferrari, a dokonał tej sztuki w Meksyku. Jako wisienkę na torcie zostawiam "simply lovely" Maxa Verstappena w Brazylii, jazdę typu "statement", przypomnienie kto jest obecnym mistrzem świata, a także - który z kierowców najlepiej radzi sobie w deszczu - kto wie czy nie od czasów wspominanego wcześniej Ayrtona Senny?
Nie dojechani
Żeby nie było, że oglądaliśmy tylko wspaniałe wyścigi i zjawiskowych kierowców - było kilku zawodników i kilka zespołów, które na 2024 nie dojechały.
Zdecydowanie przegranym numer jeden całego sezonu był Sauber - i to z dwóch perspektyw. Po pierwsze, po prostu mieli najwolniejszy bolid w stawce. W pierwszej części roku "bili" się o ostatni rząd z Alpine, jednak później - niespecjalnie było już z kim się bić. Swoje momenty przez cały rok miewał Williams, Alpine zdrowo odjechało w końcówce sezonu, Haas i RB od początku jeździły na naprawdę przyzwoitym poziomie.
Mogłoby się wydawać, że to może kwestia kierowców, ale kiedy okazało się, że jednak jakąś odrobinę perfomance'u udało się znaleźć, zarówno Zhou jak i Bottas zaczęli ocierać się o zdobycze punktowe, a wreszcie padły one łupem Chińczyka w Grand Prix Kataru. Tylko dzięki temu udało się uniknąć zera w klasyfikacji końcowej - potencjalnie pierwszego w historii zespołu.
Fatalne rezultaty - podparte jeszcze dramatycznymi pit stopami na początku roku - miały dość poważne konsekwencje. Przecież to właśnie ten zespół przejmuje Audi, które na pewno nie chce być kojarzone z degrengoladą i szorowaniem dna tabeli. Dlatego też z projektem pożegnał się Andreas Seidl, a za sterami pojawił się nie kto inny jak Mattia Binotto. Czy to zmiana na lepsze? Mam wątpliwości. Jednak prawda jest taka, że jeśli chodzi o Saubera, raczej nie może być gorzej.
Podobnie jak można było pomyśleć o Alpine, które jakimś sposobem wykorzystało dno do tego, by się od niego odbić. Zaczęli rok z bolidem z poważną nadwagą i poważnym brakiem jakichkolwiek osiągów. Radość Estebana Ocona z awansu do Q2 (w Australii?) niech pozostanie jednym z symboli tej konstrukcyjnej porażki. Zresztą - sam Ocon okazał się też być niezłą porażką, rujnując swoje szanse na sensowny rezultat w Monako, wjeżdżając... w kolegę z zespołu. Szybko okazało się, że zespół rozstanie się z "Bestie'm" - podobnie jak później rozstał się z Bruno Famin, dotrzymując dorocznej tradycji wymiany szefa zespołu w Belgii.
Wyniki w końcówce roku pokazują, że być może 2025 będzie dla Francuskiej marki lepszy, jednak nadal kilka "smrodków" ciągnie się za nimi - choćby w postaci Jacka Doohana, którego zakontraktowali, ale chyba sami nie do końca w niego wierzą. Znaki zapytania pojawiają się też przy osobie Flavio Briatore, którego obecność sama w sobie jest kontrowersyjna. Cóż, jeśli będą jeździć tak dobrze jak pod koniec 2024, być może wyjdą na prostą. Ja jednak mam przeczucie, że to co najpewniej czeka tę stajnię w przyszłości jest... sprzedaż.
Fatalny rok także za Williamsem, który pokazuje pewne oznaki progresu - z jednej strony. Z drugiej - seryjne rozbijanie bolidów dosłownie zdruzgotało budżet stajni i zahamowało wszelkie postępy w tym roku, a kto wie, czy również nie w przyszłym. Słusznie pożegnano się z Loganem Sargeant'em (tylko, że za późno!), podobnie jak słusznie podpisano kontrakt z Carlosem Sainzem. Obecny line-up wydaje się gwarantować stabilizację, a to jest coś, czego James Vowles z ekipą BARDZO potrzebują.
Na koniec warto wspomnieć o największym rozczarowaniu, jeśli chodzi o kierowców, czyli o Danielu Ricciardo, który dostał od "papy Hornera" idealną szansę na powrót do F1 na najwyższym poziomie, a tymczasem grzecznie podziękowano mu za usługi w środku sezonu, żegnając się z nim po GP Singapuru. Na podium kierowców, którzy nie dojechali nie można nie umieścić także - obok wspomnianych Sargeant'a i Ricciardo - Sergio Pereza, od GP Miami prezentującego katastrofalny poziom i słusznie żegnanego z Red Bullem przed 2025 rokiem.
Wydaje się, że był to rok porządków w F1 i - czy to na fotelach szefów ekip, czy fotelach kierowców - doszło do wielu znaczących zmian. Czy zasadnych? W wielu, bardzo wielu przypadkach - zdecydowanie tak. Od 2025 zobaczymy w F1 masę nowych twarzy, co bardzo cieszy. To co pozostaje, to tylko przetrwać jakąś tę ciągnącą się w nieskończoność przerwę zimową...
Komentarze
Prześlij komentarz