Formuła 3 zakończyła swój sezon jako pierwsza z dużych serii wyścigowych. Ostatni weekend sezonu, na torze Monza, przyniósł emocje, które trwały dosłownie aż do ostatniego zakrętu. W niewątpliwie cudowną dla włoskich kibiców niedzielę, mistrzowski tytuł zgarnął, pochodzący z Italii właśnie, Leonardo Fornarolli reprezentujący barwy - a jakże - włoskiej ekipy Trident. Później okazało się, że była to jedynie przystawka przed wygraną Ferrari w Grand Prix Włoch... ale przecież sezon trwał znacznie dłużej niż jeden weekend na Monzy! Oto wnioski, jakie nasuwają mi się po finałowym wyścigu F3.
1. Najcenniejszym kruszcem w motorsporcie jest powtarzalność
Trudno uwierzyć, ale "jedyne" co Fornaroli wygrał w tym roku to mistrzostwo. Pewnie, zdobywał P1 w kwalifikacjach (chociażby właśnie w ostatni weekend), ale niezależnie od miejsca startowego i okoliczności - ani razu nie stanął na najwyższym stopniu podium. Co więcej - jeśli już na podium stawał to niemal wyłącznie było to miejsce numer trzy. Zatem - co do diaska sprawiło, że do ostatniego zakrętu bił się z Gabriele Mini o tytuł?*
*Gabriele został zdyskwalifikowany z wyścigu głównego na Monzy, co odbiera nieco romantyzmu całej sytuacji, ale w tamtej chwili - jakże to wszystko było magiczne!
Kluczem do kufra zawierającego mistrzowski puchar okazała się być regularność Fornaroli'ego. Spośród dwudziestu wyścigów nie punktował tylko w dwóch, z żadnego z torów nie wyjechał z zerowym dorobkiem. Najgorszym weekendem był dla Leo ten na Red Bull Ringu, z którego wywiózł tylko dwa punkciki. Kolejny najgorszy rezultat to siedem punktów wywiezione z Silverstone. We wszystkich pozostałych przypadkach jego dorobek był dwucyfrowy, co pozwoliło mu osiągnąć dającą mistrzostwo średnią 15,3 punktu na weekend.
Drugi w mistrzostwach Mini opuszczał z pustą sakiewką Hiszpanię i Węgry, do tego kiepsko punktując we Włoszech (choć głównie za sprawą dyskwalifikacji). Trzeci Luke Browning miał za to bardzo kiepskie ostatnie cztery weekendy, z których wywoził średnio nieco ponad pięć punktów. Do tego w każdy weekend poza jednym notował wyścig (najczęściej sprinterski) bez zdobyczy punktowej.
I właśnie te "puste przebiegi" punktowe okazały się być czynnikiem decydującym o mistrzostwie - a właściwie jego braku. Czy to "single seaters" czy "sportscars" - umiejętnością mistrzów jest przede wszystkim zdolność regularnego osiągania podobnych, dobrych rezultatów na przestrzeni całego wyścigu czy sezonu.
2. Na następcę Kubicy jeszcze troszkę poczekamy
Oglądanie polskich kierowców w sezonie 2024 zapowiadało się jako naprawdę łakomy kąsek. Kacper Sztuka narobił szumu wygrywając włoską F4 i dostając oprócz miejsca w F3 także sposobność reprezentowania akademii Red Bulla. Piotrek Wiśnicki miał możliwość zebrania choć odrobiny doświadczenia w F3, jeżdżąc częściowy sezon rok wcześniej.
Jak w filmowym klasyku, po Bahrajnie można było powtarzać, że "spokojnie, zaraz się rozkręci". Po Australii - że to jednak koniec świata, że doświadczenie chłopaki mają głównie z Europy... I rzeczywiście - iskierką nadziei były punkty Kacpra w sprincie na Imoli. Jak się później okazało - jedyne w całym sezonie. I w jedynym pozytywnym dla polskich kibiców wyścigu poza głównym na Silverstone. Tam zabłysnął Piotrek - szalonymi decyzjami strategicznymi, ale też umiejętnością utrzymania się na torze w diabelnie trudnych warunkach, co zostało wynagrodzone awansem o dwadzieścia pięć pozycji i dziesięcioma "oczkami" do końcowej klasyfikacji.
Zazwyczaj przyczyną braku zdobyczy punktowych były fatalne rezultaty w kwalifikacjach. Czasem powodowały to decyzje na torze skutkujące DNF, a czasem po prostu pech ("zasilany" jednak zazwyczaj przebywaniem w "niebezpiecznej", końcowej części gridu) - wszystko to złożyło się na bardzo rozczarowujący sezon, którego zresztą flagowym momentem było usunięcie Kacpra z listy juniorów Red Bulla.
Trzymam mocno kciuki za każdego Polaka (i Polkę, jeśli takowa się pojawi) w motorsporcie, ale tak samo jak oglądając jak Karol Basz odwiedza żwir podczas Spa 24h, tak oglądając naszych reprezentantów w F3 - po prostu żal ściskał za serce. Chciałoby się zdecydowanie więcej, a przede wszystkim - zdecydowanie bardziej jakościowo.
3. Ułańska fantazja
Śledząc wszystkie serie spalinowych single-seater'ów będące pod kuratelą FIA, czyli Formuły 1, 2 i 3 oraz F1 Academy można zobaczyć ciekawy przekrój różnych rodzajów ścigania. F1 to przede wszystkim show, trochę polityki, trochę strategicznych i psychologicznych gierek, wszystko z technologicznym wyścigiem w tle. F2 to naprawdę dobre ściganie, zwłaszcza, że kierowcy zazwyczaj mają nastawienie typu "być albo nie być" i wykorzystują swoje doświadczenie, żeby po prostu zabłysnąć. F1 Academy to ciekawostka, bolidy są stosunkowo wolne (w porównaniu do tych z innych serii) i raczej chodzi w tej serii o promowanie kobiecego ścigania jako takiego niż o racing'owe fajerwerki.
F3 za to jest miejscem na ułańską fantazję. Kierowcy już sporo potrafią, mają do dyspozycji przyzwoity sprzęt, ale... głowy są wciąż młode i gorące, a doświadczenie jednak wciąż zbierają. Owocuje to często szalonymi wyścigami i - przede wszystkim - licznymi odwiedzinami safety car'u na torze. Nie inaczej było w 2024 i z tego też zapamiętam ten rok - z dziesiątek większych i mniejszych incydentów, z Sebastiana Montoi przyciągającego inne bolidy jak magnes, z Imoli na której "zielone" orkążenia można było liczyć na palcach jednej ręki i ogólnie pojętej niezłej zabawy na torze. I fajnie, bo za to bardzo cenię F3 - właśnie za ten pierwiastek szaleństwa, którego niekiedy brakuje u królowej motorsportu, co można obserwować kiedy na przykład przerośnięte bolidy F1 pełzały w tym roku po Monako.
4. Cierpienia ogumienia
Opony to podstawowy warunek dobrego ścigania. Zapewniają przyczepność, zapewniają atrakcyjność widowiska (dzięki możliwościom strategicznym), ale mogą też zapewnić niemałą dozę cierpienia kierowcom. I tak było w tym roku.
To co zapamiętam z 2024 to właśnie wspomniane w podtytule "cierpienia ogumienia", znacznie wykraczające poza typowe na tym poziomie braki umiejętności w zarządzaniu oponami. Kiedy widać jak cała lub niemal cała stawka męczy się aby dowieźć swoje "kapcie" w jednym kawałku, nie mówiąc o tym, żeby móc jechać "flat-out" przez dystans wyścigu, to znaczy że coś jest nie tak. Czy takie powinny być opony w serii juniorskiej, w której regulaminie nie uwzględnia się obowiązkowych pit stopów podczas wyścigów? Mam poważne wątpliwości.
Czy nie lepiej byłoby dostarczać zespołom i kierowcom mieszankę choć trochę bardziej wytrzymałą, ale pozwalającą bardziej na naukę ścigania (i ściganie samo w sobie), niż na posunięte do granic zdrowego rozsądku zarządzanie (które kilkukrotnie i tak niewiele dawało)? Zabawę w przymusowe ograniczanie osiągów i wytrzymałości opon zostawmy F1, chłopakom i dziewczynom w niższych seriach dajmy przede wszystkim możliwość kręcenia dobrych czasów okrążeń i walki koło w koło. Bo o to przecież w wyścigach samochodowych chodzi.
5. Nikt nie chciał prowadzić!
Kilka nazwisk można podkreślić sobie po tym sezonie jako warte obserwowania w przyszłości. Poza oczywistymi wyborami jak Fornaroli i Mini, ciekawe jest jak rozwinie się kariera wspomnianego już wcześniej Browninga, co dalej z Dino Beganoviciem (który mnie nieco rozczarował w tym roku) i czy Lindblad to faktycznie materiał na F1 (do którego był przez niektórych przymierzany)? Goethe i Mansell będą jeszcze do oglądania w tym roku na wyższym szczebelku (zresztą Mini też dostaje szansę od Premy w Baku).
Całą wymienioną powyżej grupę łączyło jedno - każdy miewał "momenty", kiedy mógł mówić o sobie per "title contender". I właściwie każdy poza Fornarolim mieszał wyjątkowe weekendy (Lindblad na Silverstone!) z katastrofalnymi (Lindblad po Silverstone...). To wszystko - swoją drogą - utorowało Włochowi drogę do tytułu bez odnoszenia zwycięstwa, bo prawda jest taka, że regularności brakowało absolutnie każdemu z czołówki, poza Leo.
Pamiętam, że w pewnym momencie komentatorzy Viaplay zastanawiali się co wydarzy się tym razem z liderem mistrzostw, bo niemal pewne było, że ten, który piastował P1 w generalce, będzie miał przed sobą weekend do zapomnienia. To kolejny z uroków serii juniorskich, a zwłaszcza F3, że naprawdę ciężko tu cokolwiek przewidywać. I tak po prawdzie - ja sam złapałem się na tym, że tak w miarę uważnie zacząłem śledzić potencjalne mistrzowskie implikacje dopiero w przedostatni weekend sezonu, na Spa. I chyba słusznie zresztą, skoro wszystko i tak rozstrzygnęło się dopiero przy ostatnim przejeździe Paraboliki...
Komentarze
Prześlij komentarz