Wnioski i obserwacje po GP Singapuru

 Przed kibicami F1 kolejna dłuższa przerwa między wyścigami. Ostatnim przystankiem przed czterotygodniowymi... bynajmniej nie wakacjami (bo w przeciwieństwie do sierpnia, teraz fabryki mogą - i z całą pewnością będą - pracować pełną parą) był Singapur i uliczny tor Marina Bay. Zaraz, zaraz... uliczny? W Azji? To powinno oznaczać niezłe szaleństwo i jednocześnie - niezły wycisk dla kierowców i bolidów. Jak się to skończyło i o czym będę myślał przez najbliższy miesiąc? 

GP Singapuru jako wyścig dla koneserów

To był nudny wyścig, kropka. Widziałem mema wykorzystującego scenę ze Scooby Doo, w której bohaterowie zdejmują maskę złoczyńcy, podpisaną "Singapore". Na prawdziwej facjacie widnieje za to napis "Monaco". Myślę, że jest to nieco przesada, bo jednak zarówno odrobina akcji na torze, jak i kilka ciekawych, strategicznych zagrywek, pojawiły się w Singapurze, jednak... nie do tego przywykliśmy zasiadając do oglądania akcji na Marina Bay.

Zero żółtych flag. Pierwszy raz w historii (a to był przecież 15 wyścig tutaj!) samochód bezpieczeństwa nie musiał wyjeżdżać na tor. Dwa DNF, które nie były związane z jakimikolwiek spektakularnymi wydarzeniami. I zwycięzca wyścigu jadący od pierwszych metrów z ogromną przewagą nad drugim kierowcą, który dojechał do mety z niewiele mniejszym buforem nad P3. Okej, nieźle oglądało się Piastriego goniącego podium i Leclerca goniącego - nieskutecznie - P4. Okej, serce nieco zadrżało kiedy Lando zgłaszał uszkodzenie przedniego skrzydła po cholernie niebezpiecznym lock-up'ie i minimalnym kontakcie ze ścianą. Okej, ciekawe było zagranie z najszybszym okrążeniem Daniela Ricciardo. Tylko to właściwie tyle z interesujących wydarzeń.

Rok temu Singapur był jednym z najbardziej fascynujących wyścigów całego sezonu, z szaleństwami strategicznymi Sainza i Mercedesa, z dramatem Russela na ostatnich metrach i z Red Bullem tracącym jedną na 37 sezonów (bo drugą miał Mclaren w 1988) szansę na wygranie wszystkich wyścigów - no działo się. W tym roku można więc śmiało pokusić się o określenie - niedosyt!

Łabędzi śpiew Daniela?

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że kariera Daniela Ricciardo dobiega końca. Choć oficjalnego potwierdzenia wciąż brak, to emocjonalne wypowiedzi na początku weekendu i - zwłaszcza - po wyścigu, wskazują na to, że istotnie Australijczyk zostanie zastąpiony w fotelu RB przez Liama Lawsona. I choć gardło ściska, kiedy obejrzy się wywiad z DR po wyścigu, tak perspektywa pozbawienia go fotela niestety nie może dziwić.

Rok temu miał być super-subem, ratującym ówczesne Alpha Tauri po serii miernych wyników Nycka de Vriesa (który notabene wylądował na cztery łapy i świetnie radzi sobie w długim dystansie), ale okazało się, że super-subem jest siedzący wciąż na ławce rezerwowych Lawson. DR zaliczył kilka niezłych występów, jednak w większości przypadków był po prostu kompletnie niewidoczny - zarówno w quali, jak i w wyścigach. Zastanawiano się kto będzie liderował zespołowi i okazało się, że jest to dojrzewający z roku na rok Yuki Tsunoda. 

Troszkę za mało na kogoś witanego (zwłaszcza przez Hornera) z taką pompą, na kogoś kto "w domu" miał wrócić do rytmu, odrdzewieć i - nie ma co się oszukiwać - pozbawić miejsca Sergio Pereza. Perez jeździ nadal, chociaż też miernie i przy obecnym układzie stawki absolutnie rozsądne wydaje się posadzenie Lawsona w bolidzie na kilka wyścigów, tak by w przyszłym roku móc z nieco czystszym sumieniem pomyśleć o tym kto ma siedzieć w "tym drugim" Red Bullu. 

Ten jeden punkcik

Zac Brown piekli się co jakiś czas na fakt, że Red Bull posiada w stawce dwa zespoły. I aż jestem nieco zdziwiony, że nie pieklił się wczoraj, bo gdyby nie siostrzana ekipa... to pewnie wysłaliby na świeżych softach Pereza :). Jednak nie musieli tego robić, gdyż kiedy przyszedł czas na odbieranie Lando Norrisowi punktu za najszybsze okrążenie, mogli wykorzystać Daniela Ricciardo, który zadanie zrealizował tak jak należało. Główny bohater zagrywki mówił później, że jeśli Max wygra mistrzostwo o ten jeden punkt, to będzie niezły prezent na Boże Narodzenie.

I, cholera, ciężko się nie zgodzić. Wszystko wskazuje na to, że słynne "damage limitation", które uskuteczniał Max przez całą końcówkę 2021 roku, jest również strategią, która sprawdzi się w 2024. Tylko Brytyjczyk na P2 inny.

Lando Norris pojechał doskonały weekend i - po prawdzie - zasługiwał na wielkiego szlema, którego Ricciardo mu zabrał. Trzy błędy, które przydarzyły mu się przez cały dystans (lock-up, obcierka tylnym kołem i ścięcie szykany przy dublowaniu) okazały się nie mieć absolutnie żadnego znaczenia i dojechał do mety z kolosalną przewagą. Utrzymał w końcu P1 po pierwszym okrążeniu. Jazda godna mistrza - wreszcie.

Tylko to może nie wystarczyć. O ile mistrzostwa konstruktorów zdają się być na swój sposób rozstrzygnięte, tak w mistrzostwach kierowców będą decydować niuanse. Takie jak te z Imoli czy Węgier. Niepokojące powinna też być dla Mclarena dyspozycja Maxa na torze, który nigdy nie leżał jemu i jego zespołowi. Jak Czerwone Byki wykorzystają przerwę przed GP USA? Czy poprawki, które zapowiadają na COTA będą miały taką moc jak sobie tego życzą? Czy to co było widać po jeździe Pereza w Baku i Verstappena w Singapurze to sygnał, że na przykład w takim Meksyku mogą pojechać po 1-2, co może w praktyce oznaczać rozstrzygnięcie tytułu jeszcze przed Yas Marina?

Lando musi, Max może. Maxowi wystarczy seria P2 - wcale niewykluczona. Max wciąż może dwukrotnie nie dojechać do mety (w wyścigu głównym) i cieszyć się prowadzeniem w tabeli, dla Lando taka wpadka oznaczałaby zapewne koniec marzeń. Lando nadal musi wygrać jeszcze pięć wyścigów (z sześciu jakie zostały!), żeby myśleć o mistrzostwie w przypadku gdy będą po równo w punktach po Abu Zabi.

I - po prawdzie - szczerze wątpię, że Leclerc i Piastri nie myślą o tym, żeby być gdzie trzeba, gdyby liderom mistrzostw zdarzyła się o jedna wpadka za dużo. Przed sezonem mówiło się, że Max zdobył tytuł już po testach w Bahrajnie. Myślę, że dopiero ósmego grudnia, około 15.30 polskiego czasu będzie można być czegokolwiek pewnym. 

I czemu się tu dziwić, skoro rok rozpoczął się od trzęsienia ziemi wywołanym przez Hamiltona?

Komentarze