Grande Finale, czyli co zapamiętałem z Grand Prix Abu Zabi

 Najważniejsze wiadomo już od Las Vegas. Cytując infografikę, która pojawiała się kilkukrotnie podczas tamtego wyścigu - "Verstappen champion". O ironio - jednocześnie po tamtym wyścigu jasnym się stało, że tytuł dla konstruktorów trafi w ręce Ferrari lub McLarena. Weekend w Katarze raczej więcej namieszał, niż wyjaśnił - co tylko wróżyło lepiej dla rywalizacji na torze Yas Marina. Ostatecznie nadzieja umarła ostatnia, bo Ferrari od tytułu dzieliło 5,832s, które na mecie różniło Lando Norrisa od Carlosa Sainza. Tytuł pojechał do Woking pierwszy raz od czasów, kiedy na świecie nie było jeszcze żadnego z obecnych kierowców McLarena. P6 w "konstruktorach" zgarnęło Alpine, którego wybawicielem okazał się fenomenalny ostatnio Pierre Gasly. Nico Hulkenberg był najpierw w raju, a później został brutalnie sprowadzony na ziemię, podobnie jak Sainz, oddalony od celu o dosłownie kilka sekund. Bottas, Colapinto i Magnusem pożegnali się z F1 w bólach, a niepewni swoich miejsc na 2025 Perez i (trudno w to uwierzyć) Jack Doohan tylko potwierdzili wątpliwości krążące przy ich nazwiskach.

Co mi pozostało w pamięci po tamtym weekendzie?

Mistrz może być tylko jeden

Incydent Sainza z Perezem w Baku? A może spadek formy w środku sezonu, kiedy to McLaren miał swoją "górkę" (nie wykorzystaną w pełni, ale jednak)? Myśląc o tytule dla Ferrari, ciężko nie pomyśleć o tym, że wygrali dwa najważniejsze dla siebie wyścigi w tym roku (Monako i Monzę), ale w dłuższej perspektywie przynajmniej jeden z nich oddaliby w zamian za P1 wśród konstruktorów na koniec roku. Nie byli najszybsi w tym roku - najszybszy był McLaren, po Miami. Jednak był to na tyle przedziwny rok, że odkąd przestał wygrywać Red Bull (a właściwie Verstappen), cała reszta stawki wyglądała jakby grała w gorące krzesło i właściwie co weekend szansę na wygraną miał inny zespół.

Spowodowało to, że chociaż powinno być inaczej - tytuł mistrzowski McLaren zapewnił sobie dopiero w momencie, kiedy Lando Norris zobaczył flagę w szachownicę w Abu Zabi. Okej - duży w tym udział Verstappena (o ironio!), który obracając w pierwszym zakręcie siebie i Oscara Piastriego (który później jeszcze nawywijał z Franco Colapinto) sprawił, że Ferrari w ogóle mogło pomyśleć o tym, że tytuł jest realny.

Sainz zrobił co było w jego mocy. Leclerc był zjawiskowy - zdecydowanie najlepszy na torze tego dnia. Jednak McLaren zrobił coś co w 2024 udawało się im stosunkowo rzadko - był po prostu skuteczny. Lando trzymał P1 od startu do mety, przejechali wyścig konserwatywną strategią, bez błędu w pit stopie, czy bez jakiś niepotrzebnych lock-up'ów, jak ten w Singapurze. I to w zupełności wystarczyło.

Kto by pomyślał jeszcze kilka lat temu, że McLaren będzie w stanie w ogóle walczyć o ten tytuł - co dopiero zgarniać go? Wykonali fantastyczną robotę, jeśli chodzi o performance, a gdyby dołożyli do tego lepszą skuteczność strategiczną i ogólnie rozumianą maksymalizację wyniku - nie byłoby na nich mocnych.

2025 zapowiada się doprawdy fascynująco!

Alpine, coś Ty nawyprawiał?

Podtytuł dwuznaczny nie przez przypadek. Z jednej strony - od zespołu na dnie tabeli i permanentnie na P19 i P20, do podwójnego podium w Brazylii i skutecznej walki o P6 w klasyfikacji konstruktorów. Z drugiej strony - z masą przedziwnych decyzji kadrowych (co od kilku lat jest w tym zespole normą, swoją drogą), na czele z tą o odsunięciu Estebana Ocona od wyścigu w Abu Zabi, by przetestować Jacka Doohana, o którym mówi się... że też może zostać "spuszczony na drzewo".

Zacznijmy od tej przyjemniejszej strony - tej która nosi imię Pierre, a nazwisko Gasly. Powiedzieć, że był najlepszym kierowcą w stawce od GP USA to nie powiedzieć nic. P7 w kwalifikacjach w Austin, P8 w Meksyku nie znalazły odzwierciedlenia w wynikach wyścigów, ale później... podium w Brazylii, jechanie w czołówce w Las Vegas do momentu awarii, P5 w Katarze i P7 w Abu Zabi z Nico Hulkenbergiem dyszącym mu w kołnierz aż do mety. Re-we-la-cja. Na jego tle "Estie-bestie" wypadał naprawdę blado, nawet jeśli to zawodnik #31 zgarnął P2 w Brazylii.

No właśnie - Estie. Właściwie zaraz po wyścigu w Katarze pojawiły się informacje, że był to koniec kariery Francuza w Alpine - zresztą potwierdzone już w poniedziałek. Cóż - po prawdzie nie wiedzieli co z nim zrobić już od Monako i zapewne gdyby mieli w jego miejsce kogoś bardziej pewnego niż Jack Doohan, mogłoby dojść do podmianki znacznie wcześniej.

Jednak Alpine nie jest obecnie topowym pracodawcą w F1, z dziesiątkami znaków zapytania krążących wokół zespołu właściwie miesiąc w miesiąc. Rok w rok zmieniają szefa zespołu. Mieli kolosalne problemy z wydajnością. Pojawiają się inwestorzy, ale też - wraca Flavio Briatore. Mówi się o sprzedaży zespołu w perspektywie kilku lat. Ciężko spodziewać się kolejki chętnych do jazdy tutaj, toteż musieli zaczerpnąć do własnych zasobów.

Tylko tam też nie ma rewelacji. Jack Doohan, na którego ostatecznie się zdecydowali. Kush Maini. Mick Schumacher, który jeździ dla nich w WEC. I właściwie tyle. W ostatnich latach stracili i Fernando Alonso i Oscara Piastriego. Mimo wszystko - niełatwe decyzje kadrowe stanęły przed Olivierem Oakesem. I sądzę, że niełatwy czas przed francuską stajnią. Nawet jeśli Gasly będzie jeździł tak jak w końcówce tego sezonu.

Pożegnania w bólach

Najsłodsze pożegnanie miał z całą pewnością Zhou Guanyu, który zgarniając w Katarze punkty i tytuł kierowcy dnia, sam narysował sobie piękną laurkę. W Abu Zabi mógł po prostu pojechać po swoje, zwłaszcza, że szanse na poprawienie wyśmienitego rezultatu sprzed tygodnia były po prostu znikome.

Valtteri Bottas, będący od roku w pościgu za punktami, na starcie ustawił się wprost rewelacyjnie - na 9. miejscu. Jednak jego marzenia o zdobyciu w swoim ostatnim wyścigu dla Saubera choćby punkciku wytrzymały całe sześć zakrętów. Kontakt z Sergio Perezem i nadzieje rozsypały się po nawierzchni, tak jak włókno węglowe z roztrzaskanych elementów obu bolidów. 

Franco Colapinto, który najpierw zapowiadał się bardzo nie-Sargeantowo, a później okazał się być całkiem Sargeantowy dostał porządnego klapsa w dyfuzor od Oscara Piastriego i wyścigu nie ukończył.

Kevin Magnussen - nowy nabytek BMW w wyścigach długodystansowych miał w Abu Zabi spore, całkiem uzasadnione nadzieje na dobry wynik, ale przebita opona zagwarantowała mu jedynie dwa honory - uzyskanie najszybszego czasu okrążenia (bo założyli mu miękkie opony), a także możliwość zamknięcia stawki, wśród kierowców, którzy zostali sklasyfikowani.

Zapewne z pewną dozą bólu żegnali się także Carols Sainz, zamieniający zespół ocierający się o mistrzostwo świata konstruktorów na zespół ocierający się o dno tabeli, a także Nico Hulkenberg - koń pociągowy Haas'a, będący nadzieją Audi na dobre wejście do F1, zamieniający przyzwoity zespół ze środka stawki, na czerwoną latarnię stawki.

I tylko Lewis Hamilton pożegnał się z obecnym pracodawcą bez bólu - nawet jeśli z nutą tęsknoty za "dawnymi dobrymi czasami"...

O tytuł w 2025 będzie miał kto walczyć

Wspomniany dwa zdania wcześniej Hamilton pokazał w tym roku, że ma serdecznie dość współczesnego bolidu Mercedesa, a jednocześnie - że nadal ma w sobie "to coś". W Abu Zabi pojechał fenomenalny wyścig, na ostatnim okrążeniu zapewniając sobie P4 mimo odpadnięcia w Q1. Trudno powiedzieć jak wpłynie na niego zmiana mentalności na tę "Ferrarową", ale myśląc o tym, że czerwone bolidy były (zwłaszcza w końcówce roku) zdecydowanie bardziej przewidywalne niż konstrukcja "Srebrnych Strzał" - Brytyjczyk może być umiarkowanie optymistyczny. Podobnie zresztą jak Fred Vasseur, który obecnie ma chyba najmocniejszy line-up w stawce.

A to dlatego, że mam szczerą i myślę, że całkiem uzasadnioną nadzieję na to, że w 2025 do walki o mistrzostwo świata kierowców włączy się Charles Leclerc. Wydaje się trochę, że jak nie teraz to kiedy, ale też - że Monakijczyk może dostać odpowiednie narzędzia do pracy.

Jeśli chodzi o kandydatów do tytułu nie można także nie brać pod uwagę Verstappena, któremu zapewne wystarczy bolid będący w stanie wygrywać co trzeci wyścig, żeby zapewnić sobie tytuł swoją regularnością i umiejętnością maksymalizowania rezultatów nawet gdy wiatr wieje niezbyt korzystnie. O ironio - akurat w Abu Zabi Holender swój wynik zminimalizował, a w ostatnich latach z własnej winy zdarzyło mu się to ostatni raz... po prawdzie nie jestem w stanie przypomnieć sobie kiedy.

W grze o tytuł będzie też na pewno Lando Norris i tylko pytanie, czy będzie bardziej sobą z Abu Zabi, Singapuru czy Holandii, czy raczej sobą z Belgii czy Las Vegas. I nie skreślałbym także Oscara Piastriego, który z roku na rok nabiera doświadczenia, a wygląda na gościa, który nie ma takich problemów z egzekucją jak jego kolega z zespołu (patrz - Baku). Jeśli tylko poprawi swoje tempo w kwalifikacjach to kto wie, kto wie... Inna sprawa, że McLaren wolałby mieć zapewne wyraźnego kierowcę numer 1 od początku sezonu, bo wybieranie nie przychodzi im z łatwością.

Nie wydaje mi się, aby George Russel był w stanie walczyć o tytuł z kapryśnym Mercedesem do dyspozycji, ale może niekiedy namieszać w tabeli wyników. Podobnie zresztą jak Fernando Alonso - jeśli tylko Aston Martin wreszcie dostarczy jakiś sensowny samochód i choć odrobinę będzie go rozwijał zamiast zwijać.

Tak się składa, że każdy z powyższych pokazał coś interesującego w Abu Zabi, jeśli nie w wyścigu to przynajmniej w kwalifikacjach. Zaiste - przesmaczny deser na koniec wspaniałego sezonu, a jednocześnie - bardzo, bardzo zaostrzająca apetyt przystawka!

Komentarze