Na podium tegorocznego GP Las Vegas stał dziś jeden zachwycony kierowca, jeden szczęśliwy, ale jakby nieobecny i jeden z dużym niesmakiem. A w ogóle najszczęśliwszy na torze był kierowca z numerem jeden, który cieszył się z liczby cztery, która jednocześnie jest numerem startowym jego głównego rywala w tym sezonie. I rywal ten niemo przyglądał się sukcesowi "jedynki", zapewne mocno rozczarowany przebiegiem wydarzeń - podobnie zresztą jak kilku innych kierowców... Trochę się może od tego zakręcić w głowie, jak od patrzenia na wirującą ruletkę, ale na szczęście był w ten weekend jeden stały element. Rozgryźmy więc kto jest kto po naprawdę interesującym Grand Prix, które wyrasta na jeden najciekawszych eventów w roku (któż by się spodziewał? Ja na pewno nie...).
Jeden zachwycony, jeden szczęśliwy, jeden z niesmakiem
Mercedes od zmiany regulacji w 2022 roku to jeżdżąca enigma. Potrafią osiągać wspaniałe rzeczy, potrafią przepadać jak kamień w wodę, potrafią mieć fenomenalne kwalifikacje i katastrofalne wyścigi i potrafią mieć beznadziejne "czasówki", po których brylują w trakcie Grand Prix. I najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że zazwyczaj sami nie mają zielonego pojęcia dlaczego jest tak dobrze albo tak źle.
W Las Vegas Russel i Hamilton zgarnęli 1-2, robiąc to w stylu "spacerek". Niech to świadczy o jakości tempa Mercedesa w ten weekend, że bez zastanowienia piszę o "spacerku" mając świadomość kiepskich kwalifikacji Lewisa, które ukończył dopiero na 10. miejscu.
George prowadził od startu do mety, przez większość dystansu ciesząc się dwucyfrową przewagą czasową nad kimkolwiek-kto-był-za-nim. Przez pewien moment wydawało się, że kolega z zespołu popsuje mu święto, jednak kiedy Hamilton zbliżył się na około 5 sekund, Russel przestał zarządzać tempem i przy fladze w szachownicę cieszył się ponad siedmiosekundową przewagą. Chłopaki mogli się bawić, bo prawda jest taka, że wiedzieli, że weekend należy do nich - byli najszybsi w każdej jednej sesji.
Nie mniej jednak po wyścigu Hamilton wydawał się jakby... nieobecny? Nie wiem, czy to kwestia tego, że liczył na wygraną (którą pewnie by zgarnął, gdyby nie te kwalifikacje...), czy może bardziej tego, że myślami jest już w Ferrari i ma już zwyczajnie ochotę zakończyć swój stint w Mercedesie? Można się tylko domyślać - najlepiej wie to główny zainteresowany.
A jeśli o Ferrari mowa. Osobiście typowałem Sainza na zwycięzcę wyścigu. P1 było raczej poza zasięgiem, ale czy nie "upuścili piłeczki" (i P2) w pit-stopie (nie byli przygotowani na przyjęcie Carlosa i ten musiał przejechać jeszcze jedno kółko + stracił czas, bo zaczął już zjazd do alei)? Wydaje mi się, że trzeci stopień podium to maksimum na jakie mógł w ten weekend liczyć ktokolwiek poza Srebrnymi Strzałami, ale sądząc po reakcjach Sainza - niesmak pozostał.
Klub rozczarowanych
Skoro o niesmaku i Ferrari już mowa - Charles Leclerc był wściekły po wyścigu, bez ogródek punktując przez radio decyzję Sainza o wyprzedzaniu go i o tym, że kiepsko wychodzi na byciu "miłym". Chłopakom zostały do końca wspólnej przygody jedynie dwa weekendy wyścigowe i wszystko wskazuje, że raczej nie będą za sobą tęsknić - bo to nie pierwsza sytuacja, kiedy między nimi iskrzy. Ja trochę nie dziwię się Sainzowi, że podejmuje odważne i niepopularne decyzje - przecież nie ma nic do stracenia. Do Ferrari już raczej nigdy nie wróci, z Charlesem raczej nie będzie już jeździł, a każde podium jest teraz na wagę złota - w Williamsie raczej nie będzie zdobywał ich tylu co w ekipie z Maranello.
Skoro już o zdobywaniu mowa - pewien jegomość nie zdobędzie w tym sezonie już nic znaczącego (w najlepszym wypadku - dwa wygrane Grand Prix i jeden wygrany sprint). Mowa oczywiście o Lando Norrisie, który na GP Las Vegas po prostu nie dojechał. Okej - McLaren kompletnie nie miał tempa, ale właśnie w tych okolicznościach okazuje się czy kierowca robi różnicę, czy nie. I Lando nie zrobił - lub przynajmniej nie na tyle by zachować jeszcze chociaż minimalne nadzieje na mistrzostwo świata. Zakwalifikował się dopiero szósty, pozycję za Maxem Verstappenem i tak też dojechał do mety. Mówiło się w trakcie tego wyścigu o kilku innych zawodnikach - Hulkenbergu, Tsunodzie, Gaslym, nawet Zhou, ale o Lando tylko w jednym kontekście - zmarnowanej szansy. Kompletnie bezbarwny występ Brytyjczyka.
O właśnie - Gasly. Co zrobił ten gość w kwalifikacjach! P3 w Alpine, na suchym torze i w kwalifikacjach bez losowego elementu typu czerwona flaga w Q3 - tego nie miał na swojej karcie Bingo nawet ten, który miał podwójne podium dla tego zespołu... Zgodnie z przewidywaniami dość szybko zaczął tracić pozycje, ale wciąż pozostawała nadzieja na dobre punkty dla zespołu. Niestety - wszystko poszło z dymem - dosłownie. Utrata mocy spowodowała, że musiał wtoczyć się do garażu i zapomnieć o szansie na dobry rezultat... Szkoda.
M4X
Mistrzostwa świata to taka impreza, w której nie chodzi o to, by być ciągle pierwszym (choć jak pokazał 2023 rok - można i da się), ale o to by maksymalizować rezultaty w każdy jeden weekend wyścigowy. I dokładnie to robił w tym roku Max Verstappen. Kiedy bolid pozwalał - miażdżył konkurencję, jak na początku sezonu. Kiedy pozwalał mniej - dojeżdżał tak blisko zwycięzcy jak to było możliwe. Kiedy nie pozwalał wcale... Cóż wtedy przynajmniej przeszkadzał głównemu rywalowi do tytułu, ale i tak najczęściej zgarniał do worka cenne punkciki.
To nie był sezon na miarę 2021 roku, w którym weekend w weekend obaj pretendenci ścierali się w epickich bitwach, ale 2024 nie był wcale dla Maxa łatwiejszy. Konkurencja zaczęła bardzo mocno doganiać Red Bulla i Holendra, co spowodowało, że przestał seryjnie wygrywać. Jednak w tym roku wydarzyło się coś, co w dużej mierze znacznie ułatwiło mu obronę tytułu. W tym roku wygrywał każdy i właściwie co weekend inny zespół i inny kierowca byli na topie. Zresztą - Las Vegas to doskonały przykład na to.
Siedmiu różnych kierowców wygrało w tym roku przynajmniej dwa wyścigi - pierwszy raz w historii F1. 2025 zapowiada się pasjonująco, ale nawet jeśli Red Bull nie dowiezie tak dominującego pakietu, jak miał w zwyczaju między 2022, a połową 2024 roku, to ciężko pomyśleć o scenariuszu, w którym Holender nie będzie jednym z faworytów do zwycięstwa. Max jak to Max - maxymalizuje. Robi różnicę (jak w Brazylii). Jest niemożebnie skuteczny (jak na początku sezonu - Imola chociażby). Kiedy trzeba - jest bezwzględny (jak w Austin). A kiedy trzeba - grzecznie zgarnia swoje (jak w Las Vegas).
Jak słusznie zauważył jeden z komentujących na instagramie - na dzisiaj Max ma więcej tytułów, niż jego tegoroczny główny rywal wygranych wyścigów... I zwyczajnie jest najlepszy w stawce.
Stały punkt programu
Zacznę od nieoczywistego - od mojej opinii na temat samego GP Las Vegas. To kiczowaty, drogi, przepompowany event, w którym przaśna amerykańskość wręcz wylewa się na widza. Nijak ma się do "tradycyjnego" obrazka F1, jak z weekendów na Silverston, Monzy czy Spa. Generalnie - ma wszelkie podstawy do tego by być odpychającym wydarzeniem, imprezą na której dobrze bawi się tylko organizator.
I, do diaska, nie jest! To znaczy - ta cała otoczka jest jaka jest. Mnie nie kręci zupełnie, ale z drugiej strony - nie przeszkadza tak bardzo jakbym myślał, że będzie. Zresztą co z tego, skoro to drugie Grand Prix na tym torze i - podobnie jak rok temu - wyścig jest naprawdę ciekawy. Jak zobaczyłem pierwszy raz nitkę toru "odwróconej świnki", zastanawiałem się co to, olaboga, będzie. Tymczasem jest tutaj naprawdę wszystko - ciekawe kwalifikacje, różne opcje strategiczne, sposobności do wyprzedzania i ten wyścig naprawdę dobrze się ogląda. Nie wierzę, że którykolwiek tor w "Jueseju" wypadnie z kalendarza w ciągu najbliższej dekady, ale gdybym miał skreślać któryś z nich, to pozbyłbym się Miami, a nie Las Vegas. O ironio, bo Miami zapowiadało się znacznie ciekawej niż LV. Wydaje się jednak, że Strip Circuit będzie naprawdę przyjemnym stałym punktem programu F1.
Wydaje się też, że inny stały punkt programu zostanie z nami na dłużej - choć zupełnie nie powinien. Sergio Perez. Tradycyjnie już nie widziany w Q3 (a nawet w Q2), tradycyjnie odzyskujący ledwo kilka pozycji, by ukończyć ściganie z całym jednym punkcikiem na koncie, za plecami Yukiego Tsunody, który śmiało mógłby go zastąpić w "dorosłym" Red Bullu. Męczące jest oglądanie tego kierowcy, który przecież jeździć potrafi! Szkoda punktów dla zespołu, bo wydaje się, że z kimś jeżdżącym lepiej niż dziewięć-punktów-w-6-wyścigach Red Bull śmiało broniłby tytułu konstruktorów.
Ponoć Sergio broni się lukratywnymi kontraktami od sponsorów, których "załatwia" zespołowi i samej Formule 1. Cóż - nie wiem, czy powinien go bronić jakikolwiek czek, na jakąkolwiek kwotę. Zbyt dużo świeżej krwi pojawia się w sporcie, by nie próbować ich testować na najwyższym poziomie. Szkoda po prostu tego fotela dla kogoś kto performuje tak miernie. I jedyny plus - robi to z naprawdę dużą powtarzalnością...
Komentarze
Prześlij komentarz