GP São Paolo ZAWSZE dowozi. Podobnie jak Silverstone. Dla mnie wyścigiem roku jest 6 Hours of Imola w WEC, ale to co można było zobaczyć w ostatni weekend w Brazylii... Wow. I mam na myśli cały, napakowany zwrotami akcji weekend, nie tylko Grand Prix. Szkoda strzępić języka na wstępy, skoro ściganie mówiło samo za siebie! Oto co zapamiętam z tego weekendu.
"Swap positions" to za mało
McLaren zrobił absolutnie najlepszy bolid tego roku. Poza powolnym startem, od Miami rozwalają konkurencję na torze o właściwie każdej specyfikacji.
Tylko zaraz... lista wygranych zawiera nazwisko "Norris" lub "Piastri" tylko pięciokrotnie. Prawdę powiedziawszy aż trudno mi w to uwierzyć, wydawało mi się, że tych zwycięstw mają zdecydowanie więcej. Tymczasem dokładnie tyle samo uzbierało Ferrari i jedynie o dwa mniej ma Mercedes...
W McLarenie twierdzą, że priorytetem ani odrobinę nie było dla nich zdobywanie tytułu dla Norrisa. Łatwo się mówi kiedy oddało się tytuł głównemu rywalowi na trzy wyścigi przed końcem. Zwłaszcza, że sytuacja w mistrzostwach konstruktorów wcale oczywista nie jest...
Piastri oddał wygraną w sprincie Norrisowi "bo punkty". W wyścigu oddał miejsce "bo punkty". Na niewiele się to zdało - pewnie poza wątpliwościami Oskara, czy chce tu nadal jeździć - "bo punkty". Verstappen potrzebuje tak niewiele do tytułu, że będę zdziwiony, jak nie zapewni sobie go najpóźniej w sprincie w Katarze. Ferrari jest w gazie i na pewno nie odda tytułu konstruktorów bez walki.
Koniec końców McLarenowi zwyczajnie brakuje skuteczności, egzekucji, trochę brawury i fantazji. Chcą zdobywać tytuły "na bezpiecznie". W świecie drapieżników chcą być dżentelmenem w meloniku, prawiącym o "papaya rules". W F1 nie ma innych "rules" poza jedną - wygrywa pierwszy na mecie, niekoniecznie najszybszy. A historia zapamiętuje tylko zwycięzców.
Mad Max
Trzecim najwolniejszym bolidem w stawce, z karą cofnięcia o 5 pól, z decyzjami sędziów, które nawet jeśli nie były wymierzone przeciwko niemu, to tak się układało, że i tak on najmocniej obrywał - tak Verstappen zdobył Grand Prix São Paolo. I serca kibiców. I najpewniej - czwarty tytuł mistrzowski.
Właściwie mógłbym tu napisać negatyw tego co wcześniej wyprodukowałem o McLarenie. Skutecznie, odważnie, brawurowo i z charakterem jechał Max i wspierał go w tym zespół. I wyraźnie było widać ile dla nich znaczy ta wygrana, kiedy celebrowali ją po wyścigu.
Ja zapamiętam najbardziej kliniczne manewry wyprzedzania - a jakże - w dojeździe do jedynki. W eskach Senny, Max kanalizował swojego wewnętrznego Ayrtona, piekielnie groźnego w deszczu. I ta jazda "w białych rękawiczkach", bez lock-up'ów, bez uślizgów czy wyjazdów poza tor odróżniła go najmocniej od głównego rywala do tytułu.
Bo może istotnie szczęściem była czerwona flaga (chociaż dla mnie raczej niepewną kartą, na którą Red Bull odważył się zagrać), to równie dużo "szczęścia" dostarczył Verstappenowi sam Norris - gubiąc P1 jeszcze przed pierwszym zakrętem, malowniczo przestrzeliwując T1 po restarcie, a później znów w T4. Stella twierdzi, że to kłopoty z hamulcami. Myślę, że to te same kłopoty, które omal nie zakończyły się spotkaniem ze ścianą w Singapurze. Kłopoty siedzące w kokpicie.
Sn-A-jperzy
Wygrana Maxa była może nieco zaskakująca, ale nie zupełnie niespodziewana. Za to podwójne podium dla Alpine było chyba największym szokiem tego roku. Skąd oni się tam wzięli?
No nie całkiem znikąd. Ocon wykorzystał szaleństwo w kwalifikacjach, żeby zameldować się aż na P4. Gasly był nieco dalej, ale przynajmniej nie był to zupełny ogon stawki. Mieli odwagę zagrać na red flag. Mieli tempo, żeby nie dać się "zjeść" tym z tyłu. I przede wszystkim - kiedy już znaleźli się w czubie jechali klinicznie, jak Verstappen
Ocon nie walczył o P1 "like a lion". Wiedział, że wyścig jest gdzie indziej, z kim innym. Pozwolił Verstappenowi wyprzedzić się, bo i tak był to wygrany weekend dla Alpine, chociaż jedno auto na podium. Dowieźli oba. Wskoczyli na P6 w klasyfikacji konstruktorów. W szaleństwie naprawdę bywa metoda.
I chociaż walka o mistrzostwo będzie najbardziej interesująca, tak walka o to P6 będzie nie mniej ciekawa. Ostatnio i Haas i RB i - jak się okazało - Alpine potrafią zdrowo zapunktować. Oj będą fajerwerki w Vegas...
24 wyścigi to dla niektórych o 4 za dużo
Lewis Hamilton bankowo wydrapuje na jakiejś ścianie w domu kolejne dni, które dzielą go do ucieczki z Mercedesa. A po Silverstone zapowiadało się tak dobrze... Tymczasem pozostaje kac moralny i ból pleców. Nie o takim rozstaniu marzyły obie strony.
Ciężko patrzy się także na Fernando Alonso, który przecierpiał wyścig, dedykując go mechanikom, ale dni kiedy realnie mówiło się o szansie na 33 wygraną Hiszpana są już przeszłością. I pozostaje nadzieja, że jednak za rok będzie choć nieco lepiej...
I pozostaje jeszcze Lance Stroll. Trzeba mu przyznać, że to czego dokonał w Brazylii to jednak coś co przejdzie do legendy. Rozwalił się w kwalifikacjach - okej, nie tylko jemu się zdarzyło. Na okrążeniu formującym też zdarzały się przygody lepszym niż on. Jednak to jak malowniczo zakopał się w żwirze, bo... nie wiem właściwie co. Jedyna odpowiedź jaka przychodzi mi do głowy to "bo nie chciało mu się jechać".
I nie pojechał. I oby w ogóle przestał. Doceniam kilka jego przebłysków, jak pole position w Turcji w 2020, czy powrót po złamaniu nadgarstków na wyścig w Bahrajnie rok temu, ale... No nie. Kończ waść. Niech Ci tata zasponsoruje inną pasję.
Komentarze
Prześlij komentarz