Wnioski i obserwacje po GP USA

Wyścig na Circuit of the Americas zapowiadał się wyjątkowo apetycznie. W kalendarzu znalazła się czterotygodniowa przerwa od poprzedzającej GP USA rundy w Singapurze, jednak - w przeciwieństwie do przerwy letniej - tym razem fabryki mogły pracować pełną parą. Zwłaszcza Red Bull odgrażał się, że zamierza wykorzystać tę okazję do podgonienia konkurencji - szczególnie McLarena. Ostateczne rozstrzygnięcie okazało się zaskakujące - jeśli nie sensacyjne - z Ferrari zgarniającym 1-2, z Hamiltonem w żwirze i z kontrowersjami wokół zakrętu numer dwanaście. 

Co warto zapamiętać po tym wyścigu?

F1 w 2025 jest jak pudełko czekoladek

W rozmowie ze znajomym, który także interesuje się F1, powiedziałem, że największą trudnością dla zdobycia tytułu przez kogoś innego niż Maxa Verstappena będzie w tym roku rotacja zespołów i kierowców w czołówce. Jak dawno - o prymat biją się regularnie 4 zespoły i 7 kierowców (o tym później), a kto wyjdzie z tej walki zwycięsko jest naprawdę trudne do przewidzenia. 

Ferrari zdominowało GP USA. Nawet przez chwilę wygrana Leclerca nie była zagrożona, a po przedłużeniu stintu Verstappena i oczywistej implikacji, jaką było podcięcie go przez Sainza tylko przez chwilę można było się zastanawiać czy 1-2 Ferrari jest w jakikolwiek sposób zagrożone. Nie było. 

Podobnie jak w ten weekend trochę "nie było" McLarena. Prawda jest taka, ze pole position Lando Norrisa było raczej kwestią "uprzejmości" Russela, który skutecznie uniemożliwił komukolwiek innemu poprawienie swojego czasu, aniżeli wynikało z realnych możliwości bolidu z Woking. Piastri przez cały weekend był nigdzie, a i Lando w tempie wyścigowym brylował jedynie na tle Verstappena, którego Red Bull "zdechł" na twardej mieszance. 

No i właśnie - Red Bull. Nie można, nie zauważyć, że Verstappen jednak dość pewnie wygrał sprint, czym zapewnił sobie bardzo przyjemny "boost" punktowy. Tempo było - może nie na tyle, żeby wygrać wyścig główny, ale na tyle, żeby nie dać sobie w kaszę dmuchać, kiedy trzeba było bronić trzeciego miejsca - już tak.

A skoro już mowa o trzecim miejscu...

FIA warzy piwo, ale spijają je kierowcy

Nie podejmę się rozstrzygania kwestii zasadności (lub jej braku) kary dla Norrisa. Sytuacja była bardzo stykowa, bardzo na granicy przepisów z jednej i drugiej strony i bardzo trzeba było ją zostawić w świętym spokoju. Podobnie zresztą jak kilka poprzednich incydentów z tego zakrętu, z których decyzja odnośnie każdego była podejmowana chyba przez inny zespół sędziów - a przynajmniej takie można odnieść wrażenie próbując odnaleźć jakąś logikę w podjętych decyzjach.

Podstawowe pytanie brzmi - czym różni się wypchnięcie z toru od wyprzedzania poza torem? Jak może zachować się kierowca po wewnętrznej, a jak nie może ten po zewnętrznej? Kiedy za takie zachowanie należy się kara, a kiedy uznajemy, że to po prostu twarda walka koło w koło? Znów - nie mnie to orzekać. I sędziom - zdaje się - też nie. I kiedy nie wiadomo co zrobić, może najlepiej jest nie robić nic?

Cierpienia na własne życzenie

Jakkolwiek można współczuć Norrisowi, że "oberwał" karą mocniej, niż na to zasługiwał, tak nasuwa mi się pewna refleksja. I nasuwa się znów, bo poprzedni raz myślałem o tym po GP Austrii, w którym mieliśmy ostatnią tak ostrą walkę Maxa z Lando. 

Wtedy skończyło się kolizją i kontrowersją. Teraz obyło się bez kolizji, ale znów z kontrowersją. McLaren w obu wyścigach miał znaczącą przewagę tempa. Na tyle znaczącą, żeby "objechać" Red Bulla, przygotowawszy i - przede wszystkim - wykonawszy skuteczny atak. Najlepiej przy pierwszej nadarzającej się okazji.

Max to jeden z najostrzej jadących kierowców w stawce. Można to lubić, można nie znosić (ja uwielbiam), ale nie można nie uznać, że tak nie jest. I - w związku z tym - do "drzwi" Verstappena trzeba łomotać, a nie pukać. Tymczasem Lando przez kilka dobrych okrążeń czy to w Austrii, czy na COTA pukał i zdawał się czekać na zaproszenie do wejścia do środka. Zaproszenie, które nie miało prawa nadejść i nie nadeszło.

Zarówno atak w Austrii, po którym doszło do kolizji, jak i zakończona karą próba manerwu w Austin były przeprowadzane w taki sposób, aby umożliwić Verstappenowi wyciągnięcie całego dostępnego arsenału obronnych manewrów. Dlaczego? Z najbanalniejszego z powodów - to jadący po wewnętrznej "dyktuje" linię w zakręcie. Kropka. Drugi musi albo wykazać się kunsztem, albo sprytem. Lando jednak nie wykazał się w obu przypadkach ani jednym ani drugim, pozwalając rywalowi na dyktowanie warunków. 

Jak można zrobić to inaczej? Polecam przewinąć ten filmik - o ironio z Red Bull Ringu właśnie - na około 2:30.

Powiew świeżości także w rodzinie Red Bulla

Liam Lawson dostał miejsce w F1 o kilka sezonów za późno. Chłopak już rok temu pokazał nie byle jakie umiejętności, a jego drugi "debiut" wypadł wręcz rewelacyjnie. Na "dzień dobry" dostał karę przesunięcia na koniec stawki, którą zamienił w 9. pozycję na mecie, o którą zresztą pytał jego kolega z zespołu, Yuki Tsunoda, nie dowierzając, że Nowozelandczyk jest przed nim.

Biorąc pod uwagę fakt, że jedyne dwie pozycje wyżej wyścig ukończył Sergio Perez (jadący w drugim najszybszym w ten weekend bolidzie!) trudno nie zadać po raz dziesięciotysięczny pytania o przyszłość Meksykanina w F1. Tak samo zresztą jak padały wcześniej - zasadne! - pytania o przyszłość Ricciardo.

Bo Lawson pokazuje, że młodość może i potrafi. Bo Colapinto robi dokładnie to samo. Bo Bearman robił także podobne manewry. Bo kto wie, czy Bortoleto, czy Pourchaire, czy Hadjar i tak dalej i tak dalej, nie zrobiliby tego samego.

Jest masa diabelnie utalentowanych młodzieniaszków w pobliżu F1. I w pewnych przypadkach chyba naprawdę warto pomyśleć nad zmianą warty. Jak widać - to się zwyczajnie opłaca. Trzymam kciuki za Liama w Red Bullu w przyszłym sezonie!

Komentarze