W Austin był ogień - i nie chodzi tylko o temperaturę. Działo się na torze, działo się w kuluarach, a kurz jeszcze nie opadł do końca, kiedy cyrk F1 przenosił się do Ciudad de Mexico. W ostatnich latach tor noszący imię braci Rodriguez był twierdzą Maxa Verstappena i można było zadawać sobie pytania, czy to właśnie tutaj usłyszymy dawno nie grany hymn Holandii. Koniec końców - usłyszeliśmy hymny Hiszpanii i Włoch, a choć Verstappen prowadził przez kilka okrążeń, jego występ pozostawił wiele do życzenia. Co warto było zanotować w pamięci po tym weekendzie?
Mistrz już się raczej nie zmieni
O Verstappenie mówi się, że jest "niewyprzedzalny". Cóż, kiedy chodzi o walkę na torze, Mistrz Świata rzadko kiedy idzie na kompromis. Potrafi świetnie się ustawiać, potrafi znakomicie blokować najkorzystniejszą linię w zakręcie, potrafi też naginać do granic możliwości przepisy odnośnie zachowywania się na torze (tajne, swoją drogą). W Meksyku najpierw postawił twarde warunki Sainzowi w pierwszym zakręcie, a później - znów - mierzył się się z Lando Norrisem. Brytyjczyk został dwukrotnie wywieziony poza tor, za co Holender został dwukrotnie ukarany.
Co oczywiście miało kolosalny wpływ na wyścig obu. Max przez większą część drugiego stintu nadrabiał pozycje stracone podczas niemal półminutowego postoju w boksie (po wyścigu mówił, że mógł w sumie wyskoczyć na drinka mając tyle czasu), Lando utknął za Holendrem podczas pierwszego stintu i sekund straconych do Ferrari nie udało się całkowicie odrobić.
Trudno powiedzieć jak wyglądałoby tempo Red Bulla na tle Mercedesów, gdyby Verstappen jechał "na czysto", bez kary. Czy P4 było w jego zasięgu? Jeśli tak to stracił dwie pozycje. Jednak - z drugiej strony - nie doganiał Mercedesów (mimo, że walczyły ze sobą właściwie całą drugą połówkę wyścigu) i narzekał na przyczepność na twardych oponach. Być może zostałby wyprzedzony przez nich i tak czy siak skończył na P6? Jeśli tak, to swoją walką tylko zyskał, bo przytrzymał Norrisa i najpewniej pozbawił go wygranej.
Gdybać można do woli, ale pewne pozostaje jedno - Verstappen raczej już się nie zmieni. Będzie jeździł na granicy, będzie wzbudzał kontrowersje. Sędziowie będą teraz pewnie co weekend mieli twardy orzech do zgryzienia, bo sami nie potrafią określić kiedy mowa o wypychaniu, kiedy o wyprzedzaniu poza torem, kiedy należy się 5 sekund, kiedy 10, a kiedy nic. I tak długo jak tak będzie, Holender będzie próbował. W Austin się udało. W Meksyku nie. Kto wie - może w Brazylii znów się uda?
Ferrari stroi sobie żarty z obu mistrzostw
Na początku roku wydawało się, że przed nami kolejny rok dominacji Red Bulla. Od połowy roku wydaje się, że dominuje McLaren. W końcówce roku dominować zaczyna jednak Ferrari. Czym zresztą zapewnia sobie realną szansę na tytuł w klasyfikacji konstruktorów, a i nadzieje Leclerca na WDC nie są płonne. To jest jedna strona medalu.
Druga jest taka, że duże punkty cholernie potrzebne są Norrisowi i Verstappenowi - a zwłaszcza temu pierwszemu. Cóż z tego, że Brytyjczyk punktował lepiej w Meksyku, skoro wyliczenia mówią, że musi odrabiać 11 punktów przez każdy weekend, a odrobił tylko 10? Odrobiłby zapewne więcej, ale Ferrari wystrychnęło go na dudka i w Austin i w Mexico City, w obu zgarniając masę oczek. 11,75 punktu per weekend to nowy cel Lando. Wciąż do zrobienia, zwłaszcza, że przed nami jeszcze dwa sprinty. Tylko jeśli w Grand Prix na P1 będą zmieniać się Sainz i Leclerc (czego naprawdę bym nie wykluczał), to może się okazać, że 10x4 będzie nieubłaganie równać się 40. A Norris potrzebuje 48.
I jeszcze jedno w tym wszystkim - gdyby jednak udało znaleźć się dokładnie tyle samo punktów na koniec roku co Max, to zabraknie wygranych wyścigów. Takich jak na Węgrzech czy właśnie w Meksyku.
Ferrari robi swoje, tożsamością przypominając swojego szefa Freda Vasseura. Stroi sobie żarty ze wszystkich, ale jak trzeba na poważnie, to jest cholernie poważne. I cholernie skuteczne.
Haas bierze nie raz
Rok temu Haas "świętował" wprowadzenie swojego legendarnego upgrade'u. Pakiet wprowadzony w Austin miał zmienić performance zespołu o 180 stopni. Jednak to co zrobił to nie wprowadził, ale wyprowadził - Steinera z roli szefa zespołu. Jego miejsce zajął Ayao Komatsu, czyli gość z nieporównywalnie większym "background'em" technicznym od Steinera.
I Haas dojechał ze swoim upgrade'm - tylko rok później. Ani Hulkenberg, ani Magnussen nie robią cudów na torze. Po prostu robią swoje. I po prostu punktują - dobrze i obaj. W świecie ciasnego końca stawki każde jedno oczko ma kolosalne znaczenie. RB - jeszcze nie dawno niemal pewne P6 w klasyfikacji konstruktorów "umacnia się" na P7. Podobnie zresztą jest w przypadku Williamsa i Alpine. Ten drugi zespół - z żenującym w pierwszej części roku pakietem - ma realną szansę ukończyć rok na P8. Czy Williams mógłby więcej, gdyby nie Sargeant i jego o pół sezonu za długi stint w Formule 1? Jestem niemal pewien, że tak, a znów przemawiają tu detale.
Haas zrobił jeszcze jedną ciekawą rzecz, jaką jest podpisanie umowy partnerskiej z Toyota Gazoo Racing. Czy to oznacza powrót japońskiej marki do F1? Na ten moment nie, ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że to swego rodzaju badanie gruntu. Haas na tym może tylko zyskać, mowa bowiem o zespole, który dostarcza mistrzowskie samochody zarówno w WRC, jak i w WEC. Kto wie, czy za kilka lat nie zobaczymy tego zespołu w górnej części tabeli (chyba, że Aston Martin wreszcie "odpali")?
I kto wie, czy będzie to (jeszcze) Haas, czy aby nie Toyota?
Komentarze
Prześlij komentarz