2024 rozpieszcza nas, kibiców F1 pod każdym względem. Różnorodność w czubie stawki jest zachwycająca, w każdym niemal wyścigu jest przynajmniej kilkoro faworytów do zwycięstwa, a radykalne niekiedy wahania formy zespołów i kierowców prowadzą do takich incydentów, jak chociażby ten z Perezem i Sainzem w końcówce GP Azerbejdżanu. Co zapamiętałem z tego wyścigowego weekendu?
Nie taki Lando straszny jak go malują.
Zacznę od kontrowersyjnego podtytułu. W końcu - nie do końca z własnej winy Lando opuścił kwalifikacje już po pierwszym segmencie. Trudno było o większego pecha jeśli chodzi o timing awarii bolidu Alpine i - w następstwie - wywieszenie żółtej flagi. Lift przepustnicy na początku prostej "zagwarantował" zapisanie do książek pierwszego czasu Norrisa, który wystarczał jedynie na 17. pozycję.
"Gdyby nie to, przeszedłby dalej na luzie i walczył o pole position". Bardzo możliwe. Ale po pierwsze - nie przeszedł i nie ma co gdybać, a po drugie - od początku weekendu nie miał tempa. O ile w przypadku Red Bulla można mówić o swego rodzaju niespodziance, jeśli chodzi o brak formy w "quali" (bo piątek mieli naprawdę mocny i obiecujący), tak Lando w żadnej sesji treningowej nie zachwycił. Robił swoje i tak też zakończył weekend - robiąc swoje.
Podczas gdy jego kolega z zespołu przekraczał linię mety jako pierwszy (i nie dostał tej wygranej "w czipsach", raczej musiał ją sobie wyszarpać), Lando musiał zadowolić się czwartym, które jednak ma posmak szóstego. To i tak znakomity "recovery drive" ze strony Brytyjczyka, ale chcąc bić się o tytuł po prostu musi kończyć wyścigi dalej od Maxa. Tymczasem obaj przyciągają się jak magnes, nie tylko w zakręcie numer 3 na Red Bull Ring.
Patrząc na to jak punktują ostatnio Piastri i Leclerc, wydaje się, że walka o tytuł będzie się toczyć do samego końca pomiędzy nie dwoma, ale czterema kierowcami. I Norris może skończyć tę walkę na pierwszym, jak i na czwartym miejscu.
Młodość is coming.
Franco Colapinto dostał szansę życia. I mimo wpadek w kwalifikacjach (jak na Monzy) i treningu (jak w Baku), szansę tę wykorzystuje do maksimum. Na Monzy dojechał bez punktów, ale był cichym bohaterem tego wyścigu (zagłuszonym przez słusznie wrzeszczących Tifosi). Tutaj punkty dowiózł i to grube. Cztery oczka to znakomity dorobek, zwłaszcza, że uzyskał je "na tempie", prowadząc bolid Williamsa. I nawet bez wypadku przed nim wyjechałby z Azerbejdżanu z punktami.
W przeciwieństwie do Olliego Bearmana, któremu jednak odrobinę się poszczęściło. Nie zmienia to faktu, że też jechał dobrze i dojrzale. I nie można zapomnieć, że pokonał w kwalifikacjach znacznie bardziej doświadczonego Hulkenberga, z którym drugi regularny kierowca Haasa, Kevin Magnusen mierzyć się w "quali" nie może.
Nie zapominajmy też o Oskarze Piastrim, którzy jedzie przecież ledwo swój drugi sezon w karierze, a wygranych ma już tyle samo - i jest wielce prawdopodobne, że na tym się nie zatrzyma w tym roku. Rewelacyjne kwalifikacje, fenomenalna egzekucja wyścigu, znakomita postawa w obronie, mimo paskudnych nękań ze strony Leclerca. Zdecydowanie Driver of the Day, nie tylko dla jego mamy.
Red Bull jeszcze ukąsi.
W Red Bullu coś się posypało. Myślę, że szanse na utrzymanie choćby przyzwoitej dyspozycji w przyszłych sezonach naprawdę stoją pod znakiem zapytania. Będę szczerze zaskoczony, jeśli Max Verstappen dojeździ swój kontrakt do samego końca, bo to jeszcze aż cztery lata. Kilka wyścigów ukończonych na P6 czy P7 wytrzyma. Kilkunastu już nie.
Jednak to na pewno zbyt wcześnie, aby pisać nekrolog dla ekipy z Milton Keynes. Początek weekendu był naprawdę obiecujący zarówno dla Maxa, jak i Sergio. Im bliżej kwalifikacji, tym lepiej spisywał się ten drugi i potwierdził to dobrym, czwartym miejscem na starcie, a później jazdą o minimum podium, a chwilami - być może nawet o wygraną. Nadzieje na znakomity wynik i przełamanie roztrzaskały się w ścianie, ale powodów do wstydu nie ma.
Singapur niespecjalnie leży Red Bullowi, a jeśli komuś leżał będzie to znów pewnie bardziej Checo. Jednak - po pierwsze - to tor uliczny i wszystko może się zdarzyć. Po drugie - w tym roku absolutnie niczego nie można być pewnym. Po trzecie - później jest aż cztery tygodnie przerwy i tory, na których Czerwone Byki albo bardzo dobrze egzekwują ostatnie wyścigi (COTA, Las Vegas) albo po prostu dobrze sobie radzą (Meksyk, Abu Zabi). Jeśli prawdą jest to, że poprawki które pojawią się w Austin dadzą takiego "kopa" jakiego ich bolid potrzebuje - możemy jeszcze usłyszeć triumfującego Hornera.
Kącik wstydu coraz wyraźniejszy.
Sauber w tym roku to częściowo Kick, ale zdecydowanie bardziej "kick out". Niezbyt zmotywowani kierowcy, mierne osiągi, fatalne pit stopy. Jeżdżą tylko po to, żeby doczołgać się do etapu Audi... które kto wie czy nie pożałuje decyzji o zaangażowaniu się w F1 i to w oparciu o tę właśnie ekipę.
Alpine spadło za Williamsa i zaliczyło kolejny żenujący weekend. Problemy z niezawodnością, dyskwalifikacja, punkty poza zasięgiem. Słabo, słabiutko!
I Daniel Ricciardo. Ja będę szczerze zaskoczony, jeśli to on, a nie Liam Lawson dostanie szansę jazdy w którymkolwiek z bolidów z rodziny Red Bulla. Nie widzę w nim potencjału, który jeszcze można by odblokować. Znów dojechał poza punktami, znów ciężko go było w ogóle zauważyć na torze, właściwie przez cały weekend. Red Bull będzie potrzebował w kolejnych latach pewniaków i ludzi, którzy będą potrafili wyczarować coś z niczego. Daniel chyba już nie należy do tego typu asów.
Komentarze
Prześlij komentarz