Spodziewaj się niespodziewanego - tak można w trzech słowach podsumować Grand Prix Kataru w 2024 roku. Piastri wygrywający sprint dzięki gestowi Lando "oddającemu" zamianę pozycji z Brazylii - dosłownie na ostatnich metrach. Niesamowicie kiepska forma Red Bulla w kwalifikacjach do i w samym sprincie. Verstappen z pole do Grand Prix. Jednak Verstappen bez pole do Grand Prix (skąd, do diaska, ta kara?!). Verstappen prowadzący od T1 do mety (co za jazda!). Absolutny CHAOS jeśli chodzi o kary, incydenty i zawirowania w samym wyścigu. Sauber w punktach, ale to Zhou je zdobywa, nie Bottas. Gasly w top 5, bez problemu broniący się przed Sainzem. P7 Alonso po mistrzowskiej zagrywce strategicznej (stint na twardych i dwukrotna zmiana opon przy SC, wykorzystując przejazd przez pit lane).
I tylko Hamilton przeżywający cierpienia w swoim Mercedesie jakiś taki typowy dla tego sezonu, a właściwie to dla ostatnich lat.
Mistrz świata
W piątek wydawało się, że Red Bull nie ma prawa choć marzyć o podium. Właściwie to można było zastanawiać się czy będą w walce o punkty, gdyby trafiły się jakieś niesprzyjające okoliczności. W kwalifikacjach do sprintu obaj kierowcy wypadli fatalnie, chociaż w przypadku Pereza to akurat żadne zaskoczenie. Szóste miejsce Verstappena nie przedstawiało jakiś optymistycznych perspektyw na duże punkty w krótszym wyścigu i ostatecznie tak też się stało - Max zajął ledwo ósme miejsce i zgarnął jedynie punkcik. Perez natomiast posłużył Red Bullowi jako królik doświadczalny i po absurdalnym starcie z pit lane'u (nie ruszył przy zielonym świetle) zbierał dane - łącznie z wymianą przedniego skrzydła.
W związku z powyższym - kwalifikacje do Grand Prix zdawały się być kolejną sesją typu "udręka" dla kibiców Red Bulla i/lub Verstappena. Pierwszym swego rodzaju zaskoczeniem było P9 Pereza - ostatnio Q3 to dla niego raczej obce miejsce. Druga niespodzianka była znacznie większego kalibru. Czas o 55 tysięcznych lepszy od wyniku Georga Russela umożliwił Verstappenowi wygraną w kwalifikacjach. Wygraną, która jednak została mu odebrana, a kierowcy z top 2 mieli na starcie do wyścigu zamienić się miejscami.
Przyczyną był kontrowersyjny incydent z czasówki, kiedy to Verstappen rzekomo blokował Russela właśnie. Nie było w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, że incydent miał miejsce... na okrążeniu przygotowującym. Rodzi się pytanie - czy to w takim razie może nie Russel jechał zbyt szybko, jak na "zimne" okrążenie, czym mógł zaskoczyć Holendra? Sędziowe orzekli jednak winę Maxa i wlepili mu karę przesunięcia o jedną pozycję na starcie.
Kimi Raikkonen skomentowałby to zapewne swoim "bwoah" i właściwie to samo zrobił Verstappen na torze. Prowadził w wyścigu od drugiego zakrętu i nie oddał prowadzenia już do samego końca. Świetnie zarządzał tempem, trzymając na dystans Lando Norrisa podczas pierwszego stintu, dobrze blokując jego zakusy na wyprzedzenie przy restartach po SC, a jeszcze "załatwił" Brytyjczykowi karę (swoją drogą też zaskakującą - choć tu akurat zadziwiający był rozmiar kary) dzięki czemu mógł spokojnie dojechać do mety jako dziewięciokrotny już zwycięzca Gran Prix w 2024 roku.
Jechał po mistrzowsku, podobnie jak po mistrzowsku zachował się Red Bull, obracając najgorszy weekend od dawna w jeden z najlepszych. Czyli robiąc coś, czego tak często w tym roku brakowało McLarenowi...
Painpaya
Wydawali się mieć niestabilny, lecz diablo szybki bolid. Zgarnęli raczej łatwe 1-2 w sprincie. Pozostało wziąć tę formę do kwalifikacji do Grand Prix, rozwalić system, powtórzyć to w niedzielę i iść spać jako mistrzowie świata konstruktorów.
Nie, nie i jeszcze raz nie. Znów zafundowali sobie zupełnie niepotrzebny stres i cierpienie, kwalifikując się na 3 i 4 miejscu, właściwie tuż przed nosem Ferrari. Dzięki świetnej postawie Lando przy starcie nadzieje na chociaż przyzwoity wynik jednak wzrosły. Po pit-stopowym dramacie (karma?) Russela również Piastri wydawał się być na autostradzie do P3 - i właściwie dokładnie tak się stało.
Gwiazdka - to nie Lando był przed Oscarem na mecie. I - po prawdzie - to Oscar powinien był przeciąć metę za Verstappenem, a tymczasem zrobił to Leclerc. Nie mieli szczęścia z wyjazdem safety car'u. Pech chciał, że Max to gość, który potrafi jadąć 300 na godzinę rozpoznać czy rywal "lifted" czy "nie lifted" przy żółtej fladze.
I - cytując klasyka - cały misterny plan w...
Z 1-2 ostatecznie zrobiło się 3-10 + najszybsze okrążenie, ale Ferrari nie spało tego wieczoru. Zgarnęli 26 punktów, przy 17 McLarena, utrzymując w związku z tym swoje nadzieje na mistrzowski tytuł do Abu Zabi.
EGZEKUCJA - to słowo powinno być hasłem przewodnim zespołu z Woking w 2025 roku. Tego niestety brakowało im przez cały rok, w przeciwieństwie do Ferrari czy Red Bulla, które tylko czyhały na drobne potknięcia - było nie było - od Miami najlepszej w stawce stajni w całym padoku. Jeśli na koniec roku braknie punktów to braknie tych z Silverstone, Monzy czy Kataru właśnie. To były zawsze drobiazgi, ale w dyscyplinie, w której mowa o różnicach rzędu 0,000 sekundy (Kanada pozdrawia) to właśnie drobiazgi potrafią uczynić mistrzem lub... wicemistrzem. W F1 zawsze wygrywa najlepszy, niekoniecznie najszybszy.
Zhou, Gasly i Alonso, czyli sam potwierdzam swoją tezę z poprzedniego zdania
No dobrze - nie do końca, bo żaden z nich nie wygrał jako tako. Jednak ich wyniki każdy z nich z całą pewnością traktuje jak zwycięstwo.
Po kolei - Zhou P8 (!), Alonso P7, Gasly P5. Na takich pozycjach dojeżdzali w niedzielę do mety. Co to oznaczało dla każdego z nich?
Dla Zhou - pierwsze i jedyne punkty w tym sezonie. Jedyne dla niego, jedyne dla Saubera (Bottas otarł się o punktowaną pozycję kończąc wyścig na P11). Nie mają one żadnego innego znaczenia poza symbolicznym - Sauber i tak skończy sezon na ostatnim miejscu, chyba, że GP Abu Zabi nie ukończy 18 zawodników. Prawda jest taka, że o ile zespół niespecjalnie zasłużył na te punkty, tak kierowcy - zdecydowanie tak. I kiedy pojawiły się sprzyjające okoliczności, jak w Katarze właśnie, Chińczykowi udało się znakomicie wykorzystać sposobność do osiągnięcia rewelacyjnego rezultatu. Jest wielce prawdopodobne, że to jego ostatni sezon w karierze w F1, więc tym bardziej miło, że na pożegnanie trafił mu się taki "przyjemny" wyścig.
Alonso ma za sobą sezon do spisania na straty. Aston Martin w ostatnich latach to wzorowy przykład na to jak NIE rozwijać bolidu i gdyby nie znakomite wyniki na początkach sezonów (zwłaszcza rok temu) lądowaliby w "konstruktorach" znacznie niżej niż P5. Fernando - zapewne kuszony obietnicami Lawrence'a Stroll'a - ma nadzieje na kilka kolejnych podiów pod koniec kariery, a być może - na legendarną wygraną numer 33. Dlaczego więc P7 było sukcesem dlań? Cóż, to był dla Astona weekend, w którym pokazali naprawdę przyzwoite tempo, a do tego - fenomenalną egzekucję (pozdro McLaren!). Kto wie, może w 2025 magia Newey'a sprawi, że Fernando znów zagości na podium? Potencjał w zespole na pewno jest!
I Gasly. Absolutna gwiazda ostatnich weekendów i niech nie przyćmi tego jego DNF w Vegas, gdzie też miał potencjał na dobre punkty. Nawet jeśli podium w Sao Paolo było nieco przypadkowe, to pozostałe wyniki - absolutnie nie. Jedną pozycję za mistrzem świata w sprincie. Piąty w wyścigu, mimo startu z P11. Daje nadzieję Alpinowi na coś więcej niż bycie miernotą z końca stawki. P6 na koniec sezonu staje się dla nich możliwe głównie dzięki Brazylii, ale utrzymanie tej pozycji w dużej mierze może zależeć od dyspozycji Francuza. Myślałem w pewnym momencie, że Pierre po prostu przepadł i stracił swój błysk, który regularnie miewał w poprzednich latach. Nic bardziej mylnego.
Lewis już nie jest szybki
Teza bardzo, bardzo, bardzo mocno na wyrost, ale wypowiedziana przez głównego zainteresowanego. W styczniu wydawało się, że to karkołomna decyzja - jego przenosiny do Ferrari. Na koniec roku widać, że mają się z Mercedesem po prostu dość.
Katar był wyścigiem cierpienia dla Brytyjczyka. Niewidzialny w kwalifikacjach do sprintu i sprincie. Przeciętny w kwalifikacjach do Grand Prix. Przecież nikt nie spodziewa się po nim walki o P6, zwłaszcza kiedy jego kolega z zespołu bije się o podium w sprincie i zgarnia (nieco naciągane) pole. W niedzielę nie zapowiadało się by miało być cokolwiek lepiej - i nie było. Uszkodzona opona zmusiła Brytyjczyka do toczenia się po torze do pit lane, a później zapracował sobie jeszcze na drive-through za przekroczenie prędkości w alei.
Wyścig ukończył na 12. pozycji - przy 15. sklasyfikowanych zawodnikach i bez najmniejszej wątpliwości chciałby, żeby po Katarze nie była jeszcze konieczna wycieczka do Abu Zabi. Ten weekend był podsumowaniem lat współpracy Hamiltona z Mercedesem po ostatniej zmianie regulacji. Brakowało tempa, brakowało motywacji (Lewis chciał się wycofywać z wyścigu po informacji o karze), a kiedy potrzebna była choć odrobina szczęścia - Hamilton był tym najbardziej pechowym na torze. Przykro na to patrzeć i na szczęście - jedynie "one more to go".
Komentarze
Prześlij komentarz